Koncert w dżungli

Dzienniki podróży | Ilość zdjęć: 1 | 25.02.2019

– Sto pięćdziesiąt Rupii po raz pierwszy.

– Sto pięćdziesiąt Rupii po raz drugi.

– Po raz trzeci, Sprzedane!

 

Stojący na scenie mężczyzna podniósł do góry kiść bananów i tryumfalnie wskazał nią zwycięzcę licytacji. Wszystko to działo się na zbitej z bambusów scenie gdzieś w środku Goańskiej dżungli. Aby było jeszcze ciekawiej, klika minut temu wybiła północ a na czarnym niebie świeciły setki gwiazd i pyzata tarcza księżyca.

Kto by przypuszczał, że wylądujemy na Hinduskim odpuście. Mieliśmy jechać posiedzieć kilka dni w ciszy a tu proszę, niespodzianka! Z wszystkich stron na pobliskie pole zjechały się zapakowane po brzegi skutery i samochody. W każdym hinduska rodzina i kilka tobołów podręcznego bagażu. No bo jak tu przyjechać bez niczego? I do tego do świątyni? To prawda, zapomniałem napisać, że centralne miejsce pola zajmowała niewielka udekorowana kwitami i lampkami świątynia.

 

 

Przed oczami stanęły mi kiermasze organizowane przy polskich kościółkach. Tak samo wystrojone, świecącymi błyskotkami i tandetnymi ozdobami z plastyku. Stragany pełne tysięcy niezwykłych dupereli, cukrowej waty, obwarzanków i bóg wie czego. Te same chińskie zabawki i waląca po uszach muzyka z pobliskiej sceny. No właśnie scena… obok świątyni to właśnie ona były głównym punktem, który ściągnął pobliskich mieszkańców. Dziś w nocy, na jej deskach miał odbyć się koncert. I to nie byle jaki. Ba! Koncert nad koncertami! Podobno próby i przygotowania trwały tygodniami. Dziewczynki z okolicznych domostw, ćwiczyły i ćwiczyły. Ale przecież było warto. Tylu chłopaków zjechało się z okolicy. Co prawda teraz pozbijani w małe grupki okupowali ostatnie rzędy krzeseł ale za to kiedy występy się skończą… Kto wie… Jak na razie czujny wzrok siedzących przy scenie mam nie dawał szans na jakąkolwiek interakcję. Wszystkie Pani przystrojone w odświętne sari siedziały przyglądając się uważnie całej przestrzeni. Dziewczynom, chłopakom i oczywiście stojącym przy straganach mężom. Przecież nie wiadomo co tym staruchom do łba strzeli. Część z nich już dawno zniknęła w pobliskim namiocie rzucając się w objęcia hazardu. Cześć okupowała pobliskie ogniska skąd dochodził ich rubaszny śmiech. Za to cała, niezagospodarowana reszta błąkała się pomiędzy sceną, świątynią i straganami. Dopiero początek licytacji przykuł ich uwagę. Podbijając o kilka rupii zaczęli przebijać się by zdobić: kiść bananów, arbuza, kilka mango albo lokalne smakołyki. Pierwszy raz w życiu widziałem coś takiego i muszę przyznać, że z podziwem obserwowałem przebieg aukcji. Niejeden dom aukcyjny mógłby się tu uczyć takiej dyscypliny i porządku licytacji. Co ważne, brali w niej udział tylko mężczyźni.

 

 

Kiedy fanty się skończyły nadszedł długo oczekiwany moment występu. Pomagier operatora sceny ukłonił się a potem zamaszystym ruchem odciągnął kurtynę. Na scenie, w żółtych promieniach ledowch światełek stały dwa rzędy dziewczyn w białych strojach. Zaczęły śpiewać a na widowni zrobiło się cicho. Nawet przekupki, które od kilku godzin nawlekały łańcuchy świątynnych kwiatów przestały gadać. Słychać było tylko dochodzący ze skrzeczących głośników śpiew. Wszyscy słuchali w uwadze ale co ciekawe kiedy dziewczyny skończyły nie było słychać braw. Po prostu kurtyna opadła wszyscy wrócili od swoich zajęć a na scenie zaczęły się przygotowania do kolejnego występu. Tym razem mieliśmy oglądać układ taneczny czterech młodych Hindusek.

Wiecie co, kiedy o drugiej w nocy wracałem do domu czułem, się jakbym wracał z zabawy w Zaniemyślu. Co z tego, że otaczały mnie palmy i bananowce. Przecież w nocy wszystkie drzewa wyglądają tak samo…

 

Kontakt

Imię:

Email:

Temat: