Dom w Himalajach

Dzienniki podróży | Ilość zdjęć: 1 | 20.05.2019

Naddi to małe miasteczko a właściwie jedna, prowadząca przez zbocze góry ulica. Po obu stronach pobudowano kilka koślawych hoteli, 2-3 knajpki i jeden sklep. Zajdziecie tu też zakład fryzjerski (pow. 4m2, byłem, sprawdziłem) mały warzywniak i kilka straganów z duperalami.

Uliczka prowadzi do znajdującej się na samiutkim końcu szkoły medytacji. Szkoła ma internat, w którym mieszka ponad 200 dzieci z całego świata. Przyjeżdżają tu aby od najmłodszych lat pracować nad równowagą i wewnętrznym spokojem. Nie wiem czy to słuszne, czy 10cio letnie szkraby powinny dorastać bez rodziców. Czy to odpowiedni wiek, czy wyjdzie im to na dobre…

 

 

Ale nie o tym chciałem pisać. Tak samo jak nie o rozciągającym się z uliczki bajecznym widoku na Himalaje. Choć jest on głównym sprawcą przyjeżdżających tu turystów nie o nim będzie mowa. Chciałbym napisać o tym co skrywa się kilkadziesiąt metrów w bok od głównej arterii Nadii. O leżącej na zboczu góry wsi.

Miejscu, które urzekło mnie swoją zapomnianą już w naszym świecie naturalnością. Klimatem, spokojem i kontaktem z przyrodą. Wystarczy tylko skręcić na ułożoną z nierównych kamieni ścieżkę. Zrobić kilka kroków by gwar ulicy zastąpiła cisza gór. Tam pomiędzy domkami wiję się betonowa dróżka. Wąska nitka prowadząca przez pokryte zielenią i malutkimi poletkami zbocza gór.

 

 

Czas tu się zatrzymał. Mężczyźni siedzą rozmawiając, patrząc przed siebie. Kobiety piorą w metalowych miednicach a brudne dzieciaki biegają i włażą na wszystko co się rusza. Gdzieniegdzie błąka się krowa albo stado kóz. Na poboczu sterczą stalowe rury z bieżącą wodą. To woda prosto z gór. Co kilka metrów, z nierówno skręconych gwintów tryskają czyste jak kryształ krople. Wzbijają się wysoko w powietrze tworząc kolorowe tęcze na tle błękitnego nieba. Daleko, daleko pomiędzy chmurami prześwitują ośnieżone szczyty Himalajów.

 

 

Sielanka, prawda? Tak… dla nas gości, mieszczuchów z zatłoczonych miast taki obraz może być spełnieniem marzeń o bezstresowym wypoczynku. Dla lokalesów świat wygląda zgoła inaczej. Nasza gospodyni cały dzień krząta się po podwórku. Przez tydzień nie widziałem aby usiadła choć na chwilę. Sunny, gospodarz wstaje po piątej i odpala swoją piekarnię. To dzięki niemu codziennie o 7.00 rano na naszej wycieraczce ląduje pachnący bochenek chleba. Dzieciaki (dwie córeczki wieku Oli) pomagają im przed i po szkole. Rozwieszają pranie, zamiatają podwórko, roznoszą bliżej nieokreślone pakunki. Ale co ciekawe wszyscy są tu pogodni. Ani razu nie spotkaliśmy się z agresją lub choćby najmniejszym przejawem niechęci. Może to kwestia prostej pracy, którą wykonują. Może stylu życia. Na pewno to coś o czym zapomnieliśmy w dużych miastach.

 

 

 

Od momentu, kiedy tylko zobaczyliśmy stojący na zboczu góry dom, wiedzieliśmy że to miejsce dla nas. To tu spędzimy kolejne tygodnie gapiąc się z tarasu na niezwykłe zachody słońca. Robiąc zakupy w jedynym sklepiku Nadii i łażąc na górskie spacery. Odwiedzimy Dalajlamę i jego ogolonych na łyso mnichów. Tak, tak, mieszkają tuż za na rożnikiem na kolejnym zboczu, kolejnej góry. Pojedziemy do pobliskiego miasta, wykąpiemy w strumieniu, zgramy z Sunny’m w szachy.

 

 

 

Mówiłem Wam już kiedyś, że kocham góry?

P.S. tekst wyszedł mi może troszkę ckliwie ale co tam. Góry wybaczą mi wszystko;)

Kontakt

Imię:

Email:

Temat: