W góry!!!

Dzienniki podróży | Ilość zdjęć: 1 | 03.06.2019

Duma!!! 13 kilometrów drogi, 1,7 kilometra przewyższenia, 9 godzin marszu i dwa dzielne szkraby. Ola lat 7, Eryk lat 5. Kto by pomyślał, że tak małe istotki poradzą sobie z górską drogą. Co więcej, wstaną następnego dnia i pokonają trasę w powrotnym kierunku! Nie ma opcji, muszą mieć góry w genach!

 

 

 

Już sam pomysł wydawał się karkołomny i gdyby nie upór Kasi pewnie nigdy nie doszłoby do jego realizacji. No bo jak inaczej nazwać wyprawę na 3500 mnpm z dwójką maluchów? Wejście tam o własnych nogach i spanie w namiocie? Mój wrodzony zdrowy rozsądek (a może raczej pesymizm) mówił mi: „To się może skończyć, niezłą katastrofą.”

 

 

 

A jednak… w sobotę o 6 rano, zwarci i gotowi ruszyliśmy w drogę. Maluchy podkręcone wizją lepienia bałwana nawet zbytnio nie protestowały. Zamiast tego ochoczo przebierały nóżkami i zasuwały do przodu. A było gdzie zasuwać. Co prawda pierwszy etap z Naddi do świątyni w Gallu nie był jeszcze tak stromy ale przejście 4 km, zaraz po obudzeniu zawsze stanowi jakieś wyzwanie. Prawdziwe schody (dosłownie i w przenośni) zaczęły się 1,5 godziny później. Naszym kolejnym celem był odległy o 5 km Trinund Campsite. Punkt widokowy a jednocześnie niewielki, wojskowy obóz. Do położonego na szczycie wzniesienia punktu, prowadziła kręta droga pod górę. Roztaczały się z niej przepiękne widoki na leżące poniżej przedgórze Himalajów. Niezwykłe krajobrazy, pokryte lasem góry i leżące w dolinie domy Dharamsala. Na pierwszym planie, tuż poniżej, widać było dachy Mcleod Ganaj, tybetańskiej stolicy „na wygnaniu”. To właśnie w niej od kilku dekad mieszka Dalajlama i towarzyszący mu mnisi.

 

 

 

Ale wróćmy do gór… Triund to punkt widokowy, do którego ciągną tłumy Hindusów. Po wejściu na szczyt widać przepiękną panoramę, leżących po drugiej stronie zbocza Himalajów. Pokryte śniegiem wyrastają z otaczających lasów wzbijając się aż po najwyższe zakamarki chmur. Wyniosłe, dostojne, niezwykłe. Myślę, że trudno znaleźć słowa oddające ich piękno. Przed oczami stanęły mi wspomnienia sprzed lat. Wyprawy i miejsca, które odwiedziłem. Echhhh, ten obraz przypomniał jak za nimi tęsknię i jak bardzo chcę do nich wrócić.

 

 

 

Na razie miałem przed sobą dalszą drogę z trójką rodzinnych bohaterów. Poza dzielnie znoszącymi drogę maluchami, równie dzielna była Kasia dźwigająca plecak z ważącym kilka kilogramów aparatem.

 

 

Po przepysznym, hinduskim obiadku (nie wiem jak to działa ale w górach wszystko smakuje lepiej) ruszyliśmy dalej. Mieliśmy przed sobą kolejne 4 km. Tym razem schodziliśmy z turystycznej trasy by udać się do krainy wiecznego lodu i śniegu. Daleko przed nami, ukryta za zasłaniającym horyzont wierzchołkiem, leżała „snow line” ostani obóz na drodze w naprawdę wysokie góry.

 

 

 

Na skraju spływającego ze szczytów lodowca, stało kilka namiotów i zbudowana z kamieni messa. Tam mieliśmy znaleźć upragniony odpoczynek. Najpierw trzeba było jednak pokonać kilkaset metrów podejścia. Na pustym już szlaku, wolni jak przysłowiowe muchy w smole, krok za krokiem wchodziliśmy coraz wyżej. Nie wiem skąd Ola i Eryk brali siły, ale jak tylko zobaczyli przed sobą śnieg wyrwali przed siebie. Wiedziałem, że nie będę miał wyjścia, czekało mnie lepienie bałwana. Na szczęście maluchy okazały wyrozumiałość dla moich zgiętych pod ciężarem kilkunastokilogramowego plecaka pleców i pozwoliły odpocząć do rana.

 

 

 

A rano… góry są takie piękne!!! Obudziły nas przebijające się przez tropik promienie a rześkie powietrze wypełniło płuca zapraszając na zewnątrz. Tam czekały na nas szczyty, lodowiec no i obiecany bałwan. Nawet brak marchewki nie był przeszkodą w ulepieniu mojego imiennika. Cóż robić, po ciepłym śniadanku ruszyliśmy przed siebie. Wszyscy zapomnieli o wczorajszych trudach, teraz liczyły się tylko śnieg i zabawa.

 

 

 

Powiem tak, Olaf może i „troszkę” odbiegał od filmowego pierwowzoru ale w tych warunkach był najpiękniejszym a na pewno jedynym bałwanem na całym lodowcu!

 

 

 

Niestety, każda zabawa ma swój koniec, na nas czekała droga w dół. Pamiętając jej długość, zjedliśmy coś ciepłego i wystartowaliśmy. Zaczęło się powolne schodzenie. Myślicie , że to już koniec? Nic z tego, w połowie drogi złapała nas burza z gradem. Na domiar wszystkiego Eryk naciągnął kostkę i trzeba go było nieść. Aby było jeszcze ciekawiej od mojego wysłużonego buta odkleiła się podeszwa.

 

 

 

Kolejne godziny były prawdziwym, na prawdę prawdziwym wyzwaniem. Pod koniec liczyłem drogi kroki marząc o zdjęciu rozwalonych butów i mokrych jak ścierka rzeczy. Nawet słońce, które w końcu przebiło się przez chmury nie było w stanie poprawić mojego nastroju.

Dopiero widok domu był prawdziwym ukojeniem. Tam czekał obiad, ciepły prysznic a przede wszystkim odpoczynek. I tu niespodzianka, myślicie, że wszyscy padli wyczerpani na łóżko? Nic z tego! Ola zdjęła mokrą kurtkę i pobiegła do koleżanek bawić się w chowanego…

 

 

Kontakt

Imię:

Email:

Temat: